Forum Forum o serialu LOST: Zagubieni Strona Główna

Forum o serialu LOST: Zagubieni
Forum o najpopularniejszym serialu Lost: Zagubieni
 

LOST 4 -fanfik (moja własna wersja dalszych losów rozbitków)

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum o serialu LOST: Zagubieni Strona Główna -> A co to, a kto to, a jak to się je???
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Narion




Dołączył: 10 Sty 2008
Posty: 1
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 16:58, 14 Sty 2008    Temat postu: LOST 4 -fanfik (moja własna wersja dalszych losów rozbitków)

LOST-Zagubieni
Odc.1 Begining of the end. - Początek końca.



Otworzył oczy. Monotonne pikanie włączonego komputera stawało się nie do zniesienia. Wstał z łóżka i rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem po swoim pokoju. Podszedł do komputera. Nachylił się nad klawiaturą po czym wstukał kilka przycisków.
Z głośników wydobył się dźwięk. Piosenka, która stała się ostatnio niezwykle popularna. Mężczyzna zwiększył głośność i skierował się w stronę łazienki słuchając Charli’ego Pace’a
- You all ewerybody. You all ewerybody…
Przemył twarz i spojrzał w lustro. Przed nim stał średniego wzrostu czterdziestoletni mężczyzna z szerokimi ramionami, ciemnymi włosami i jasnymi oczami. Muzyka ucichła. Wytarł twarz, umył zęby i uczesał włosy.
Założył ubranie i spojrzał w lustro.
Ciszę rozdarło pikanie, to samo które go dzisiaj obudziło. Podszedł do szafki i wpisał kod. Wyjął z środka strzykawkę. Podwinął rękaw i zrobił sobie zastrzyk.
Nagle cały pokój się zatrząsł. Mężczyzna stał przez chwilę w jednym miejscu poczym zaklął i odstawił strzykawkę na miejsce.
Już miał usiąść przy komputerze, gdy w całym pokoju rozległ się dźwięk telefonu. Szybko podbiegł do łóżka i odebrał leżący tam telefon, w tym samym momencie wciskając czerwony przycisk na komputerze. Na ekranie pojawiła się mapa świata i wielki czerwony napis. NAMIERZAM
Po chwili szelestu usłyszał jakieś głosy.
Przyłożył słuchawkę do ucha czując jak lata pracy niezliczonych ludzi przed nim doprowadziły właśnie do tego zdarzenia.
Gdy mówił, starał się aby jego głos brzmiał jak najspokojniej.
- Minkowski. – nie było odpowiedzi
- Halo?
Czekał z niecierpliwością, gdy usłyszał jakiś głos pełen emocji.
- Kto mówi.
Minkowski stał przez chwilę z otwartymi ustami, nie taka powinna być odpowiedź.
- A kto mówi? – zapytał.
- Nazywam się Jack Shephard. Czy... czy jesteście na łódce? Na fraktowcu?
Cholera, jaki Shephard? pomyślał.
- Skąd masz ten kanał?
- Naomi. Naomi powiedziała nam o waszej grupie poszukiwawczej. I o łódce.
Minkowski odetchnął z ulgą.
- Naomi. Znaleźliście ją? Gdzie ona jest? Kim wy jesteście?
- Jestem jednym z ocalałych z lotu 815. Czy możecie namierzyć naszą pozycję?
- Pewnie że możemy. Siedźcie tam spokojnie zaraz tam będziemy.
Sygnał zgasł. Hmm nie tak zaraz. Pomyślał po chwili. Dotarcie tam może zabrać sporo czasu.
Minkowski, odrzucił telefon na łóżko i szybko podbiegł do komputera. Wstukał na klawiaturze 7418880. Monitor zgasł i po chwili włączył się ponownie. Tyle że w miejscu ikon była twarz jakiegoś mężczyzny. Minkowski wziął głęboki oddech.
- Panie Mittelwerk, znaleźliśmy ich.
Rozmówca stał przez chwilę z pół otwartymi ustami po czym uśmiechnął się szeroko.
- Doskonale, wiesz co robić.
Ekran zgasł.
- O tak - powiedział sam do siebie - wiem co robić
Minkowski poprawił logo fundacji Hanso na lewej ręce i wyłączył ekran.
Nagle pokój znów się zatrząsł. Wyjrzał przez okno i powiedział.
- Cholerny statek.




LOST



Jack rozejrzał się do o koła. Stan, który panował do o koło można było nazwać jedynie euforią. Jedyną osobą która nie okazywała radości, była teraz przywiązana do drzewa.
- Czemu to zrobiłeś?
Jack podszedł do niego.
- Co zrobiłem, Ben?
- Czemu zadzwoniłeś.
Jack zaśmiał się, choć ciężko było dopatrzyć się wesołości w tym śmiechu.
- Zadzwoniłem, ponieważ odkąd się tu pojawiliśmy jesteśmy, porywani, mordowani i zastraszani. Dla tego zadzwoniłem.
Ben spojrzał na niego. Jack patrząc na jego twarz, zdziwił się że tak dotkliwie go pobił.
- Popełniłeś błąd Jack.
- O nie już dawno przestałem je popełniać.


***

- Musimy tam wrócić Kate! Musimy tam wrócić.
Już się nie obejrzała. Jack patrzył jak samochód się coraz bardziej oddalał. Po chwili wsiadł do swojego i spojrzał na ogłoszenie z gazety, zamyślił się.
Odpalił i ruszył. Nie zatrzymywał się. Było mu wszystko jedno czy zatrzyma go policja czy nie. Zatrzymał się w tym samym miejscu w którym był jeszcze kilka godzin temu. Wyłączył samochód i wysiadł.
Podszedł do budynku i nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte.
- Cholera.
Naparł z całej siły, już po kilku sekundach usłyszał jak zamek pęka.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Wszedł do środka pewnym krokiem. Trumna leżała tak jak ją zostawił. Podszedł do niej.
Jedną rękę położył na niej a drugą zakrył oczy.
- Wybacz mi. – powiedział do siebie.
- Powinienem był cię posłuchać wtedy. Wybacz Ben, popełniłem błąd.



***


Sawyer spojrzał na ciało Toma leżąca kilka metrów dalej w małej dziurze zrobionej przez Sayida.
Rozejrzał się do o koła i wsadził rękę do kieszeni. Wyciągnął z niej cztery kawałki podartego listu.
Spojrzał na nie. Przed oczami przeleciała mu cała seria obrazów. Prawdziwy Sawyer, Casidy, Kate, chwila w której zabił człowiek który zrójnowął mu życie i chwila w której zabił Toma.
- Co to? – Za Sawyerem stała Julliet.
Szybko schował kawałki papieru do kieszeni.
- Mapa do zapasów Świętego Mikołaja. - mruknął sarkastycznie
Julliet uśmiechnęła się.
- A cenne są chociaż te zapasy?
Spojrzał na ciało Toma.
- Nie, już nie.
- Ej.
Obejrzeli się za siebie. Hugo biegł w ich stronę. Wyglądał dość komicznie, podwijając grube nogi i próbując się przebić przez piasek. Zatrzymał się metr od nich by złapać oddech.
- Jack... Jack zadzwonił do tego kolesia na łódce. Mają nas uratować. Tak powiedział. I nie uwierzycie kogo złapali.
- Zgaduje że nie jest to dchłopak z pudełkiem Pizzy – mruknął Sawyer
- Nie, złapali Bena.
Julliet podniosła głowę.
- Jak to? Jak go złapali?
- Nie wiem. Jack powiedział jedynie że go złapali.
Juliet poderwała się.
- Musimy tam natychmiast iść.
- Ale Jack powiedział że musimy tu zostać.
Zapadła chwila milczenia.
- No no no, skoro Kapitan Jack tak powiedział to nie może być inaczej – mruknął Sawyer.


Jack oparł się o drzewo. Spojrzał na Bena i zaczął się zastanawiać.
A jeżeli w tym co mówił Ben jest trochę prawdy? W takim razie skazał wszystkich rozbitków na pewną śmierć, ale to nie możliwe.
- Jak myślisz to prawda? – spytała Kate.
- Co?
Rozejrzał się, nie zauważył jak Kate do niego podeszła.
- To co mówi Ben. Czy to prawda?
- Na pewno nie. Po prostu chciał nas tutaj zatrzymać.
- Ale po co?
- A skąd mam wiedzieć, Kate?
Przez chwilę siedzieli cicho.
- Gdzie jest Lock?- spytała nagle.
Jack rozejrzał się. Dopiero teraz zobaczył że nigdzie go nie ma.
- Jako jedyny z was zachował się odpowiednio do sytuacji.
Rozejrzeli się do o koła. Ben nie patrzył na nich, ale bez wątpienia to on mówił. Wzrok miał zwrócony w kierunku morza.
- Co?
- Jako jedyny uwierzył, że jeżeli mnie nie wypuścicie i nie pójdziecie za mną to wszyscy zginiecie.
- Zamknij się.
Patrzył z nienawiścią na niego. I nagle doszła do niego pewna dziwna myśl.
- Czemu skłamałeś.
Ben odwrócił wzrok od morza i spojrzał na niego trochę nie przytomnie.
- Że co?
- Powiedziałeś, że Sayid, Jin i Bernard nie żyją. Czemu skłamałeś?
Ben patrzył przez chwilę na niego jakby nie rozumiał o co chodzi.
- Aaa – mruknął najwyraźniej sobie przypominając – mówiłem to już. Jesteśmy dobrymi ludźmi, nie zabijamy.
Jack nic nie odpowiedział. Tamten chyba zresztą tego nie oczekiwał bo spojrzał z powrotem na morze.
Lekarz przetarł zmęczone oczy, Kate spojrzała na niego.
- Wyglądasz okropnie.
- Co? – zdziwił się.
- Kiedy ostatnio spałeś.
- Nie ważne, odpocznę gdy to wszystko się skończy.
- To się nigdy nie skończy. – dobiegł głos więźnia.
- Powiedziałem ci , zamknij się!
Kate włożyła rękę do kieszeni i wyjęła tabletkę. Dała ją Jack’owi.
- Zjedz to.
- Co to?
- Postawi cię na nogi.
Nagle usłyszeli śmiech. Ben wisiał związany i śmiał się sam do siebie.
- O co ci chodzi – spytał zmęczonym głosem Jack.
- Byłeś kiedyś uzależniony Jack?
- Że co?
- Chodzi mi o to, że kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć zaczyna się od takich tabletek.




***



Jack zatrzymał samochód i poprawił czarne okulary. Wyjął opakowanie na tabletki. Otworzył je i zobaczył, że jest całkiem puste. Zaklął i wyrzucił je przez okno.
Wysiadł z samochodu, spojrzał na zegarek, po czym rozejrzał się do o koła. Jego wzrok padł na ciemnoskórego mężczyznę średniego wzrostu, ogolonego na łyso. Zaczął iść w jego stronę, nagle zatrzymał się i odwrócił. Spojrzał na puste opakowanie po lekach, po czym znowu zaklął i podszedł do murzyna.
- Masz to? – spytał nie pewnie.
- Mam mam bracie. – zaczął grzebać w kieszeni po czym wyciągnął małe czarne opakowanie – trzymaj.
Jack wziął do ręki.
- Ile?
- Stówka. - Jack spojrzał na jego usmiechniętą mordę.
- Ile? W aptece kosztuje dwadzieścia.
- To idź do apteki, może ci dadzą. - warknął, a jego uśmiech zniknął. Lekarz pogrzebał w kieszeni i wyjął dwa banknoty.
- Masz tutaj 70 dolców.
- Ej no koleś bądź sprawiedliwy...80
Wcisnął mu do ręki 10 dolarowy banknot i odszedł w stronę samochodu.
Pojechał do hotelu, odebrał klucz w recepcji i poszedł do pokoju. Zamknął go na klucz i usiadł na łóżku. Rozejrzał się do o koła. Jego wzrok spoczął przez chwilę na telefonie. Wyjął jedną tabletkę i ją połknął.
- Na zdrowie – zdążył mruknąć za nim stracił świadomość.



***


Podeszła do niego Claire z Sun. Wstał i odszedł. Nie chciał z nimi rozmawiać przy Benie.
- O co chodzi? – spytał
- Jack, czy nie powinniśmy iść na plażę? – spytała Sun.
- Nie, już słońce zachodzi. Za nim się wszyscy zbiorą to będzie ciemno. Poczekamy do rana i tam pójdziemy.
- Ale, tam jest Charlie. – powiedział Claire - musimy pójść do Charliego, Sayida i reszty bo...
- Jeżeli przybędzie ratunek. To zatrzyma on się na pewno na plaży. Więc nie martwcie się o Jina i Charliego. Jutro z samego rana do nich pójdziemy i wszyscy opuścimy tą wyspę. Wszyscy. Po za tym...
Nagle urwał. Usłyszał jakiś hałas, dochodzący od strony morza.
- Jack – usłyszał szept Kate – to ci ludzie.
I rzeczywiście od strony wody szła do nich pięcio osobowa grupa. Rozejrzał się i zobaczył ciało Naomi. Poczół się dość, głupio gdyż powinni się nim zająć odrazu, ale z powodu euforii całkowicie wszyscy zapomnieli o niej. Z pomocą jednego z rozbitków, zaniósł martwą kobietę pod drzewo i wyjął nóż Lock’a.
Ledwo to zrobili gdy obcy ludzie stanęli przed nim. Wszyscy mieli jednakowe ciemno-szare kostiumy. Ustawili się w równym szeregu. Do przodu wystąpił jeden z nich.
Jack podszedł do niego i podał mu rękę.
- Pan Shephard?
- Tak to ja.
Rozbitkowie stłoczyli się do o koła.
- Nazywam się Henry Adams. Jestem dowódcą delegacji.
- Delegacji... – powtórzył Jack niepewnie. – myślałem że nas stąd zabierzecie.
- I dobrze pan myślał – odparł szorstko. Głos miał nie przyjemny i pozbawiony emocji
- Jutro o tej godzinie będą państwo wchodzić na pokład naszego statku, ja mam jedynie zrobić spis ludzi.
Jack patrzył na niego. Spis ludzi? pomyślał. A po jaką cholerę? Spojrzał na Kate, która miała podobną minę jak on, a następnie na Bena który przypatrywał się mu z wyrazem nie dowierzania na twarzy.




***

Jack powiódł nieprzytomnym wzrokiem po pokoju. O cholera pomyślał, macając głowę. Podszedł do stolika i podniósł butelkę. Przechylił ją i przyłożył do ust. Nic nie poczuł. Przechylił butelkę do góry dnem, a na dywan pociekło kilka kropel.
Odrzucił krokiem i podszedł do lodówki. Wyjął wódkę i pociągnął jeden łyk.
Muszę tam wrócić. Nie mogę tu zostać.
Podjął decyzję, nie chciał tego robić ale nie miał wyboru. Podszedł do szafki i wziął telefon. Wystukał numer i czekał. Słyszał pikanie.
Nie odbiorą pomyślał za późno, trzeba było odraz...
- Kto mówi? – spytał ostry głos.
Dzięki Bogu.
- Shephard, mówi Jack Shephard.
- No no no. – powiedział głos, w którym można było wyczuć cień tryumfu – mówiłem, że pan zmądrzeje. Rozumiem, że pan zmienił zdanie, tak?
- Tak, zrobię to, tylko, tylko muszę tam wrócić.
Nastąpiła chwila ciszy.
- Rozumiem, że nikomu pan nic nie powiedział?
- Nie, oczywiście że nie.
- Hmm, no dobrze. Wie pan gdzie nas szukać.
Rozłączył się.
Jack powoli odłożył słuchawkę. Przez chwilę stał tak. Jak posąg. I poczół ogromną ulgę.
Nareszcie.


***

- Jak się pani nazywa?
- Claire Littleton – odpowiedziała nerwowo.
Nieznajomy właśnie kończył spis, zostało już tylko kilka osób. Podchodził do każdego rozbitka, z podkładką do norowania i zapisywał na nim notatki.
- I leciała pani feralnym lotem tak.?
Claire kiwnęła głową, patrząc na Jack’a jakby szukając wskazówki jak ma odpowiadać.
- A jak pani dziecko przeżyło katastrofę?
- Eee, Aaron urodził się na wyspie.
Człowiek był pierwszy raz zaskoczony.
- Urodziła się pani tutaj? Na TEJ wyspie?
- Tak – odpowiedziała lekko już znudzonym tonem.
- Hmm no dobrze – powiedział i coś zapisał. – może by pani poszła z synem na statek? To nie jest miejscem dla młodej matki.
- No nie wiem, a Charlie i... – rzuciła zrozpaczone spojrzenie Jack’owi.
- Przecież jutro się spotkacie, niech pani zbierze swoje...
- Claire wytrzymała tutaj ponad trzy miesiące, jeden dzień nie sprawi różnicy.
Mężczyzna posłał Jack’owi znienawidzone spojrzenie, ale może doszedł do wniosku, że jest zbyt wielu rozbitków by się sprzeczać.
Wtedy jego wzrok padł na ciało martwej kobiety.
Głośno zaczerpnął powietrza.
- Czy, czy to jest Naomi? - spytał?
- Eee niestety tak... - odparł zakłopotany Jack.
- Ale jak to się stało... - jego wzrok powędrował do Bena który był przywiązany pod drzewem.
- Czy to on to zrobił? - spytał kierując oskarżycielsko palec w stronę Bena.
- Nie - odpowiedział szybko Jack.
- To czemu jest przywiązany do drzewa?
Jack spojrzał na Bena, a w jego mózgu toczyła się zażarta walka. Jedna strona, której przewodniczyła duma chciała powiedzieć kim jest Ben i wyjawić wszystko co wiedzą o Innych, ale druga część zbyt bała się o rozbitków. Po co im te notatki? I dla czego chciał zabrać Claire. I mimo, że nie ufał Benowi i nie do końca mu wierzył, to nie chciał tak ryzykować…
- Jak on się nazywa?
- Boone Carlyle – wypalił Jack
Nie wiedział co go podkusiło, ale jak dojdą do tego że nie jest nim?
Kilka osób rzuciło mu zdziwione spojrzenie, ale większość ( w tym Kate ) jakby się z nim zgadzało.
- Naprawdę? Brat Shannon Rutherford?
- Przybrany. – odpowiedział Ben, a Jack dostrzegł chyba pierwszą dobrą stronę tego, że Inni mają takie dokładne informacje na ich temat.
- Hmm, naprawdę? – powiedział
- Tak – odpowiedział lekko wyzywającym tonem Ben.
- No dobrze – odpowiedział wyraźnie nieprzekonany - czemu jest przywiązany do drzewa?
- Ahh to - mruknął Jack. - To, to by...
- To była pomyłka - powiedziała głośno Kate występując do przodu - Nieporozumienie.
Podeszła do drzewa z nożem. Przyłożyła nóż do więzów. Zawachała się, ale trwało to nie więcej niż trwa uderzenie serca i już po tej chwili wprawnym ruchem przecięłą więzy.
Mężczyzna spojrzał na nich krzywo. Machnął ręką, a dwóch jego toważyszy zabrała ciało Naomi.
- Wrócimy tutaj jutro nad ranem.
Gdy odchodził miał jakiś dziwny uśmiech na twarzy.


Minkowski spojrzał na dwa oddalające się helikoptery. Odwrócił się i podszedł do drzwi, które same się przed nim otworzyły. Wszedł do środka. Musiał zmrużyć oczy, aby przyzwyczaić wzrok do ciemności i migającego czerwonego światła. Po drodze mijał różnych pracowników. Wyczuwało się wyraźne podekscytowanie. Podszedł do jednego z mężczyzn przy komputerach. Ten mu zasalutował. Odpowiedział tym samym.
- Jakieś nowe rozkazy? – spytał Minkowskiego.
- Tak – odpowiedział – proszę zameldować, że zwiad wyleciał.
- Tak jest.
Minkowski szedł dalej. Doszedł do jednego z korytarzy zamkniętych specjalnymi drzwiami. Wstukał kod i skręcił w jeden z korytarzy.
Zatrzymał się przed drzwiami, przed którymi stało dwóch żołnierzy.
- Zaczął mówić? – spytał.
- Nie proszę pana – odpowiedział jeden.
- Mówiliście mu coś o chłopaku.
- Oczywiście, że nie – odpowiedział drugi.
- Dobrze. Wpuście mnie. Pogadam z nim.
Drzwi otworzyły się, a on wszedł do środka. W dość ubogo wystrojonym pokoju siedział czarnoskóry mężczyzna. Wyglądał jak by od wielu dni nie spał. Ubranie miał postrzępione. Na widok Minkowskiego od razu poderwał się.
- Gdzie jest mój syn?! – krzyknął
Minkowski uśmiechnął się.
- Gdzie jest Walt?!
Minkowski uśmiechnął się paskudnie.
- Witaj Michael.


LOST


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum o serialu LOST: Zagubieni Strona Główna -> A co to, a kto to, a jak to się je??? Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
deoxGreen v1.2 // Theme created by Sopel stylerbb.net & programosy.pl

Regulamin