Forum Forum o serialu LOST: Zagubieni Strona Główna

Forum o serialu LOST: Zagubieni
Forum o najpopularniejszym serialu Lost: Zagubieni
 

House of The Rising Sun (?, O-13)

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum o serialu LOST: Zagubieni Strona Główna -> A co to, a kto to, a jak to się je???
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
seige
Moderator



Dołączył: 26 Paź 2006
Posty: 1245
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 23 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wuthering Heights

PostWysłany: Pią 18:26, 22 Lut 2008    Temat postu: House of The Rising Sun (?, O-13)

Tytuł: House of The Rising Sun [Dom Wschodzącego Słońca]
Rodzaj: LOST
Timeline: FF
Forma: one-shot
Postaci: Jack, Kate, Aaron, Rosie

Pomysł na napisanie tego one-shota wpadł mi do głowy zaraz po przeczytaniu spoilerów do Eggtown. Jest to jedna z wielu wariacji, będąca próbą odpowiedzi na pytanie - dlaczego Jack nie może zaakceptować Aarona? Scenariusz, który wybrałam do tego one-shota jest także moją teorią ne temat tego co dzieje się w serialu. Natomiast zakończenie fika jest już tylko i wyłącznie pobożnym życzeniem.

W trakcie czytania możecie natknąć się na elementy, które pewnie powinnam wyjaśnić w przedmowie... Nie zrobiłam tego jednak, bo nie chcę nikomu narzucać żadnej z wizji. To, co ja widzę, Wy możecie dostrzec inaczej. Jeśli po przeczytaniu będziecie chcieli wiedzieć więcej - pytajcie!

Btw: fik został napisany przed emisją Eggtown!

Dla osób, które, podobnie jak ja, wolą czytać na ciemnym tle - zamieściłam fik na livejournalu:

[link widoczny dla zalogowanych]

Dla pozostałych poniżej.

Enjoy!

House of The Rising Sun

Stał przed wielkimi brązowymi drzwiami, czekając niecierpliwie aż się otworzą. Rzucił okiem na skąpaną we wschodzącym słońcu zadbaną ulicę białych, eleganckich domków i pokręcił głową w narkotycznym roztargnieniu. Wiedział, że nie jest to ta sama ulica, przy której sam miał kiedyś śliczny, elegancki domek z ogródkiem, ale nie mógł oprzeć się halucynacjom przeszłości. Nie był na głodzie i tym bardziej go to przerażało. Z dnia na dzień potrzebował coraz większej dawki narkotyku, by móc normalnie funkcjonować. Nie powinien był tu przyjeżdżać. Odwrócił się od drzwi z zamiarem odejścia, lecz nie zdążył wykonać nawet jednego kroku, kiedy usłyszał za sobą cichy, przejęty głos.

- Doktorze Shephard. Jak to dobrze, że pan przyjechał.

Odwrócił się powoli i zmusił do uśmiechu.

- Witaj, Rosie.
- Niech pan tak nie stoi, niech pan wejdzie.

Po minucie znalazł się w przestronnym, dobrze znajomym salonie i przyglądał się jak Rosie stara się cicho zamknąć za sobą drzwi. Była pogodną, mocnej budowy trzydziesto parolatką o niesamowitej wręcz energii. Jack zawsze bardzo ją lubił i cieszył się, że to właśnie Rosie zajmuje się tym pięknym domem i jego mieszkańcami.

- Co się stało, Rosie? – zapytał poważnie.
- Wiem, że nie powinnam była do pana dzwonić, doktorze, ale to była moja pierwsza myśl po tym jak zobaczyłam Kate w takim stanie. Wyjechałam zaledwie na kilka dni. Siostry rodziła bliźniaki i bardzo prosiła o moją asystę… W każdym razie kiedy wróciłam Kate już była tak bardzo chora, że nie mogła sama stać na nogach. Siłą zmusiłam ją, żeby poszła do łóżka i zażyła aspirynę. Myślałam, że do rana gorączka przejdzie, jak to zwykle bywa przy przeziębieniach, ale stało się wręcz przeciwnie. Teraz prawie w ogóle nie reaguje na otoczenie, a temperatura podskoczyła do 39 stopni. Nie wiedziałam co robić… Kate zastrzegała, żeby pana nie niepokoić…

- Nie przejmuj się, Rosie. – zmusił się do spokojnego tonu głosu, kładąc rękę na jej ramieniu – Dobrze zrobiłaś dzwoniąc do mnie.

- Tak się cieszę, że pan doktor tak szybko przyjechał. Mam ukończony kurs pielęgniarski, ale jej stan zrobił się zbyt poważny. To mi nie wygląda na zwykłą grypę…

- Wszystko będzie dobrze, Rosie. – pocieszył ją machinalnie, kierując się do hallu. W ostatnim momencie zreflektował się i odwrócił niespokojnie – Dziecko jest u siebie?

- Tak. Jeszcze śpi. Właśnie miałam do niego iść, kiedy usłyszałam dzwonek…
- Nie musisz się tłumaczyć, Rosie. – powiedział cicho, jakby mówił sam do siebie i wyszedł z salonu.

Dopiero kiedy upewnił się, że Rosie zniknęła za drzwiami pokoju dziecinnego, zdecydował się nacisnąć klamkę głównej sypialni. Pokój był skąpany do połowy w porannym słońcu, a od miejsca, gdzie stało łóżko, pogrążony w mroku. Nienaganny, biały wystrój, bardzo subtelny i bardzo prosty nadawał pomieszczeniu przytulny charakter. Z całego, pięknie urządzonego, nowoczesnego domu to właśnie to pomieszczenie lubił najbardziej. Pewnie dlatego, że było jednym z dwóch pokoi, które ona sama zaprojektowała. Wolał nie myśleć o tym drugim. Skupił się na bladej twarzy, lekko wyłaniającej się z ciemnej pościeli. Podszedł do niej pewnym krokiem, starając się zapanować nad nagłym drżeniem ręki. Usiadł na brzegu łóżka i przez dłuższą chwilę przyglądał się jej nieprzytomnej twarzy i odkrytemu dekoltowi, pokrytym obficie perlistymi kropelkami potu. Leżała spokojnie, tylko jej szybko poruszające się gałki oczne, ujawniały bliżej nieokreśloną walkę, jaką musiała właśnie przeżywać. Przyłożył rękę do jej czoła dopiero wtedy, kiedy był w stu procentach pewny, że go nie zawiedzie. Że nie zadrży, jak potrącany wiatrem liść. Odetchnął z ulgą, widząc, że mu się udało. Jej czoło płonęło w gorączce. Powolnym, nadal niepewnym ruchem, przejechał dłonią wzdłuż jej policzka.

- Kate…? – zapytał.

Spała zbyt głęboko by móc go usłyszeć, ale nie przejął się tym zbytnio.

- Zajmę się tobą, dobrze? – szepnął
- Doktorze…? – usłyszał zdziwiony głos za plecami.

Odwrócił się nerwowo i szybko cofnął rękę. Wstał i zaczął grzebać po kieszeniach dopóki nie znalazł tego, czego szukał. Zwitku białego papieru. Podszedł do toaletki i wyprostował jedną z kartek. Rozejrzał się po blacie w poszukiwaniu drugiego, niezbędnego przedmiotu.

- Masz długopis, Ro…? – zaczął i nagle dostrzegł coś, co zmroziło wyraz jego twarzy.

Mały, kilkuletni chłopczyk o gęstych, jasnych włosach i niebieskich oczach zbliżał się do niego powolnym ale pewnym krokiem. I tak samo pewnie trzymał przed sobą małą rączkę, ściśniętą w piąstkę. A z piąstki wystawał duży czarno-biały długopis.

Czterdziestoletni mężczyzna i czteroletni chłopczyk mierzyli się poważnym, badawczym wzrokiem. Wreszcie po chwili pełnej napięcia, Jack wyciągnął dużą, męską dłoń i delikatnie odebrał długopis z rączki dziecka.

- Dziękuję. – powiedział ściśniętym głosem.

Chłopczyk kiwnął główką i wycofał się do wyjścia. Nadal obserwowany czujnie przez dwójkę dorosłych, odwrócił się jeszcze przy drzwiach i spojrzał w kierunku Jacka oczami bez wyrazu.

- Wyleczysz moją mamę, prawda wujku? – zapytał poważnie.
- Tak, Aaron. Wyleczę. – odpowiedział Jack jeszcze bardziej poważnie i uśmiechnął się kącikami ust.

Chłopczyk nie odwzajemnił uśmiechu. Po prostu pokiwał główką i zniknął w skąpanym słońcu korytarzu. Jack i Rosie wymienili porozumiewawcze spojrzenia i dopiero po chwili Jack zreflektował się i skupił na białej, pogniecionej kartce, którą kurczowo ściskał w dłoni. Drżącym, lekarskim pismem wypisał receptę i podał ją Rosie.

- Zamów to jak najszybciej. Numer do apteki znajdziesz…
- Wiem gdzie, doktorze…
- Trzeba jak najszybciej schłodzić jej ciało. Przynieś do łazienki tyle lodu, ile się da.

Rosie kiwnęła głową i profesjonalnie zabrała się do wykonywania poleceń. Dopiero kiedy został sam, zorientował się, że nie oddycha pełną piersią już kilka dobrych minut. Osunął się na krzesło i schował twarz w dłoniach. Potrzebował kilku dni by dojść do siebie i dobijała go myśl, że nie ma nawet kilku minut. Spojrzał w kierunku pogrążonej we śnie ślicznej brunetki i łzy bezsilności napłynęły mu do oczu.

Rosie wróciła do sypialni o wiele szybciej, niż się spodziewał. Nie zdążył całkiem zmazać z twarzy chwili słabości i Rosie przyglądała mu się z niepokojem, kiedy napełniał wannę zimną wodą i lodem.

- Kurier z apteki powinien być za pół godziny… Dobrze się pan czuje, doktorze? Nie wygląda pan najlepiej.
- Nic mi nie jest, Rosie. – warknął.
- Przepraszam, nie chciałam być wścibska. – spuściła wzrok, zarumieniona
- Może idź sprawdź co u dziecka. – powiedział milszym tonem.
- Dobrze. I… doktorze…?
- Tak?
- Lepiej panu było bez tej brody. – uśmiechnęła się lekko i zniknęła za drzwiami.

Odczekał kilka sekund, aż kroki kobiety umilkły w oddali, wyprostował się i oparł rękoma o brzeg umywalki. Patrzył na swoje odbicie w lustrze z mieszaniną wstrętu i zdziwienia. Podkrążone ciemne oczy, zbyt blade jak na kalifornijski klimat policzki i obficie zarośnięta broda. Hurley miał rację – nie było mu z tym do twarzy. Koniuszkiem palca pogładził, stojące w kubku szczoteczki i jednorazowe, nienaruszone męskie żyletki. Tak, jakby specjalnie na niego czekały w tej, aż do bólu damskiej, łazience. Pokręcił głową, otrząsając się z zamyślenia i wrócił do sypialni.

Podszedł do niej i stwierdził z ulgą, że nadal jest nieprzytomna. Wolał, żeby nie była świadoma jego następnych czynności, nawet jeśli miały być typowo pielęgniarskie. Delikatnie, ale stanowczo, odrzucił na bok prześcieradło i podniósł ją do pozycji półsiedzącej. Leciała mu przez palce, otulając jego nozdrza orientalną mieszaniną potu i pomarańczy. Był sprawny i szybki, wmawiając sobie, że pozostaje całkowicie obojętny na piękno jej ciała. Gdy wziął ją nagą na ręce, przez moment nie był pewien czy uda mu się nią donieść do łazienki. Była lekka jak piórko, ale jego serce było jeszcze lżejsze.

- Przepraszam. – szepnął wargami przy jej skroniach, przytulając ją do siebie, zanim delikatnie wypuścił ją z objęć w odmęty lodowatej wody.

Jej umysł zareagował szybciej niż ciało. Najpierw otworzyła oczy, następnie z jej ust wydobyło się głośne westchnienie, a dopiero potem jej dłonie złapały się kurczowo za brzegi wanny. Zanurzył rękę w wodzie i przytrzymał ją w miejscu.

- Co się dzieje…?! – zapytała, drżącym z szoku głosem.
- Spokojnie… Leż spokojnie. Zamknij oczy i pozwól wodzie zbić gorączkę. – szeptał, widząc jak jej powieki zaczynają opadać na powrót.
- Nie… - zdążyła jeszcze powiedzieć, zanim straciła przytomność.

Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że trzyma dłoń niebezpiecznie blisko jej piersi. Wyjął rękę i przyglądał się przez chwilę jak krople wody spływają z rękawa jego koszuli. Zdjął ją i rzucił na ziemię zanim pochylił się, odgarnął mokre kosmyki włosów z kobiecego policzka i oparł o ścianę, starając się zapanować nad pragnieniem, które zaczynało przypominać o swoim istnieniu.

Cichy plusk wody zmusił go do podniesienia powiek. Jego wzrok spotkał jej na wpół przytomne spojrzenie.

- Zimno… - szepnęła, drżącymi sinymi wargami.

Kilkanaście sekund później kładł ją do łóżka, owijając ręcznikiem i pledem. Czuł na sobie jej obserwujące, krótkie spojrzenia i odpowiadał na nie małymi uśmiechami lub pokrzepiającymi szeptami.

- Przestań. – powiedziała wreszcie, nakazując mu by przestał ją otulać. Przeniosła wzrok na jego drżące dłonie, a potem prosto w jego spragnione narkotyku oczy. Wiedziała. – Idź, Jack…

Usiadł na łóżku i chwilę przyglądał się zasłoniętym żaluzjom. Wreszcie przeniósł wzrok na nią i powiedział najpewniej jak potrafił:

- Nie. – po chwili dodając – Śpij…

Siedział tak przy niej, licząc uspokajające się oddechy. Na dwusetnym stracił rachubę.

***

Słońce świeciło w letnim zenicie, kiedy Rosie znalazła go półnagiego na ziemi, opartego głową o łóżko, pogrążonego w błogim śnie. Błogim lecz czujnym, gdyż obudził się z niego po kilku sekundach jej obecności. Odebrał z jej ręki czysty biały t-shirt, dziękując w duchu, że nie zadawała żadnych pytań i posłał jej coś w rodzaju uśmiechu.

- Kurier właśnie dostarczył przesyłkę. – powiedziała zerkając w stronę toaletki, na której stała torebka z lekami. – Czy chce pan, żebym mu pomogła?
- Nie, dam sobie radę, Rosie. – odparł, odkręcając się do niej bokiem, dając jej znak, że może wyjść, zająć się swoimi sprawami.

Po kilku chwilach zauważył jednak kątem oka, że Rosie stoi w tym samym miejscu, w którym stała..

- O co chodzi, Rosie? – zapytał najdelikatniej jak umiał, chociaż ręce rwały się, by natychmiast wyrzucić kobietę za drzwi.
- Aaron ma o trzeciej po południu wizytę u neurologa… Zaprowadziłabym go, ale nie mam pojęcia gdzie znajduje się jego klinika… no i nie wiem czy przyjęliby pomoc domową, jako opiekuna…

Jack przyglądał się kobiecie w milczeniu, ważąc jej słowa. Nic wielkiego by się nie stało, gdyby dzieciak opuścił tę wizytę… Z drugiej strony opuszczenie wizyty byłoby oznaką, że w domu dzieje się coś złego. Że utracono kontrolę nad sytuacją. Że on utracił kontrolę… Że sobie nie radzi, że…

- Zaprowadzę go. – odparł szybko, zbyt głośno i szorstko, jak na zwykłe podjęcie decyzji.
- Nie, nie trzeba… - zaczęła Rosie lekko przestraszonym głosem – myślę, że jednak dam sobie radę…
- Powiedziałem, że go zaprowadzę, Rosie. – powiedział przez zęby, czując jak zwężają mu się żyły na przedramionach.

Rosie przyglądała się mu w osłupieniu, nie wypowiadając ani słowa. Odchrząknął wreszcie kilka słów przeprosin i poprosił by zawiadomiła go, kiedy dziecko będzie gotowe do wyjścia, po czym prawie wypchnął ją na zewnątrz i zatrzasnął drzwi z łoskotem.

Kilka sekund później obmywał twarz zimną wodą, starając się zapanować nad drżeniem ciała i nad iskierkami, które zaczynał widzieć przed oczami. Musiał się na czymś skupić, Obojętnie na czym… Jego wzrok padł na kubek ze szczoteczkami. Szybkim ruchem, niemalże bez zastanowienia, zerwał opakowanie z maszynki jednorazowej i wreszcie odetchnął spokojniej. Mechaniczne zajęcie, które mogło uspokoić jego ręce. Dokładność, jakiej wymagał zabieg, która mogła uspokoić jego skołatany umysł…

Piętnaście minut później wyszedł z łazienki uboższy o kilka gramów owłosienia, bogatszy o dwa zadraśnięcia na brodzie i wilgotny po prysznicu. Nie czuł się jak nowonarodzony, ale też nie jak upadły narkoman na głodzie.

Pewną dłonią wyjął dwa antybiotyki z fiolki, jaką przysłano z apteki i wlał świeżą wodę do podręcznej szklanki. Przygotowane akcesoria postawił na stoliku obok łóżka i wreszcie po raz pierwszy od godziny podszedł do niej. Puls miała spowolniony, ale nie na tyle, żeby się niepokoić. Z policzków powoli znikała czerwień i pojawiać zaczynał zdrowy odcień różu. Miał jeszcze może dziesięć godzin, zanim nie odzyska przytomności i nie wyrzuci go za drzwi. Nie zastanawiając się dłużej , podniósł ją delikatnie za ramiona, a sam wśliznął się pod nią i ułożył ją sobie przy piersi. Nie mając wyboru wdychał rozkoszny zapach jej włosów, starając się jednocześnie panować nad właściwym unoszeniem i opadaniem własnej klatki piersiowej. Nie chciał jej wybudzać całkowicie…

- Kate… - szeptał jej do ucha, dopóki nie usłyszał cichego pomruku wydobywającego się z jej ust – Weź tę tabletkę…

Pokręciła głową, usiłując uciec od jego palców i nieznanego obiektu, który próbował przedostać się przez jej wargi.

- Musisz połknąć tę tabletkę… - szeptał uporczywie – Proszę, Kate… połknij tę tabletkę.
- Jack…? – usłyszał wreszcie i dostrzegł jak otwierają się jej powieki.
- Hej! Połknij tabletkę, Kate… Jak tylko ją zażyjesz zrobi ci się lepiej, zobaczysz…

Poczuł jak jej wargi rozchylają się delikatnie pod jego palcami. Jej język zdążył jeszcze zapewnić jego kciuk o swojej wilgotności i rozpaleniu, zanim zabrał ze sobą tabletkę i skrył się na powrót za wiśniowymi ustami. Uniosła lekko głowę, by nabrać łyk wody i po chwili opadła na niego bezwładnie.

Usłyszał jak lekki świst wydobywa się z jego własnych warg. A potem jej kolejny szept:

- Kłamałeś… - zamruczała, odwracając się lekko, by móc zobaczyć jego oczy.

Poruszył ustami i uniósł brwi w zapytaniu.

- Kiedy mówiłeś, że nie umiesz zajmować się pacjentami. Kłamałeś.

Kiedy zrozumiał co dokładnie miała na myśli i gdy zobaczył, że jej oczy śmieją się z wdzięczności nie mógł już dłużej się powstrzymać. Ciasno zamknął ją w swoich ramionach i pocałował w skronie.

- Śpij kochanie. Odpoczywaj. – szeptał, wiedząc, że już dawno odpłynęła w senne odmęty.

W tej właśnie chwili zrozumiał jak cholernym był głupcem.

***

Kwadrans później zdecydował się wreszcie zostawić Kate samą i zszedł na dół do kuchni. Rosie z niewzruszonym pietyzmem poruszała się przy garnkach, gotując obiad i zdawała się zupełnie nie zwracać uwagi na informacje, jakie starał się jej przekazać. Potrzebował wrócić do domu i przebrać się w świeże ubranie zanim zabierze chłopca do kliniki… Była to ostatnia rzecz, na jaką miał ochotę, ale wiedział, że nie ma wyboru.

- Rosie, czy ty mnie słyszysz? – zapytał, kładąc delikatnie dłoń na jej ramieniu.
- Chwileczkę doktorze – odmruknęła, odliczając szeptem listki bazylii, które odrywała od gałązki.

Westchnął zrezygnowany, ale nie naciskał. Wiedział, że sprawił dzisiaj Rosie wiele przykrości i że miała wielkie prawo kąsać jak osa. Wreszcie listki bazylii na gałązce się skończyły i Rosie chcąc nie chcąc musiała zwrócić swoją uwagę na doktora. Obrzuciła go niechętnym spojrzeniem a potem, podejmując trudną decyzję, pokręciła głową w zrezygnowaniu.

- Niech pan doktor idzie za mną. – powiedziała bardziej do ściany, niż do niego i ruszyła ku schodom, nie zadając sobie trudu, by sprawdzić czy za nią podąża.

Ruszył wreszcie za kobietą, bardziej z ciekawości, niż z przekonania. Dopiero, kiedy stanęli przed znajomymi mu zielonymi drzwiami, zawahał się czy ma ochotę nadal za nią iść. Ciekawość zwyciężyła demony przeszłości i Jack przekroczył próg. Rosie stała już przy wielkiej naściennej szafie, której ruchome drzwi stały dla obojga otworem. Widok, który ujrzał, zaskoczył go jak żadna inna rzecz od kilku dobrych tygodni.

- Co to wszystko tutaj robi? – przeniósł nierozumiejący wzrok na Rosie.
- Nie rozumiem… - zaczęła skonfundowana Rosie – przecież pan doktor sam to wszystko zostawił. To są ubrania pana doktora…
- Wiem, że to moje ubrania! – odparł oschle po czym zreflektował się i podchodząc do szafy dodał – Dziękuję, Rosie… Możesz odejść.

Rosie chyba zaczynała pojmować dziwny stan, w jakim się znajdował, bo po raz pierwszy od kilkunastu minut spojrzała na niego trochę przyjaźniej, niż na najzacieklejszego wroga.

- Aaron będzie gotowy za pół godziny. – powiedziała i kiedy kiwnął jej na zgodę, opuściła pokój.

Pokój, który kilkanaście długich miesięcy temu był czymś w rodzaju jego małego raju na ziemi. Sądził, że wraz z piekłem, jakim stało się jego życie, ten pokój również przestanie przypominać szczęśliwy azyl. Sądził, że przestanie istnieć tak samo, jak przestało istnieć ciepło, które otulało jego serce. Patrząc na rząd garniturów, koszul i przeróżnych męskich dodatków, które tak doskonale znał, poczuł, że ciepło na powrót rozgrzewa go w środku. Odnalazł je w miejscu, w którym niegdyś się zagubił. W miejscu, które okazało się o nim pamiętać, bardziej niż on sam pamiętał o samym sobie.

***

Gdy pół godziny później dotarł do hallu w świeżym ubraniu, chłopiec już na niego czekał. Ubrany w biały t-shirt, niebieskie dżinsy trzy-czwarte i brązowe sportowe sandałki, stał nieporuszony przy drzwiach frontowych.

- Taksówka już czeka. – powiedział Aaron poważnie, jak tylko Jack pojawił się w zasięgu jego wzroku. – Mam nadzieję, że się nie gniewasz, że ją zamówiłem, wujku. – dodał nieśmiało, widząc brak reakcji dorosłego.

„Czy się gniewa…?” – zastanawiał się Jack po cichu. Pierwszym odruchem, jak zwykle zresztą, kiedy chodziło o Aarona, było uczucie dyskomfortu. Drugim – nieodparta chęć potrząśnięcia chłopcem i zmuszenia go do udzielenia odpowiedzi na pytania, na które nikt nie potrafił odpowiedzieć. Tym bardziej pięcioletni chłopiec.

- Oczywiście, że się nie gniewam. – odparł wreszcie, wykrzywiając usta w imitacji przyjaznego uśmiechu, po czym założył okulary przeciwsłoneczne i otworzył drzwi, przepuszczając chłopca przed sobą. Kiedy mijali jego sfatygowanego jeepa, Jack zmrużył oczy, ciesząc się, że dziecko nie jest w stanie dostrzec dreszczu, który przebiegł mu po plecach.

***
Podróż taksówką nie trwała długo. Jack cieszył się w duchu z tego powodu, bo zupełnie nie wiedział, jak ma nawiązać kontakt z tym cichym, zamkniętym w sobie chłopcem. Nie wiedział, który z nich jest bardziej przejęty obecnością drugiego. Dojechali na miejsce w milczeniu i w milczeniu oczekiwali, aż sympatyczna recepcjonistka wywoła ich nazwisko. Jack zerkał ukradkowo w stronę chłopca i dostrzegł wreszcie, że od jakiegoś czasu Aaron robi to samo w stosunku do niego. Jack przyjrzał się dziecku uważniej i zauważył, że chłopiec kurczowo ściska piąstki i przygryza dolną wargę.

- Wszystko w porządku? – zapytał, Jack.

Chłopiec spuścił zawstydzony wzrok i pokiwał głową twierdząco. Było jasne, że kłamie i Jack poczuł się wyjątkowo paskudnie. Przez swoje własne głupie uprzedzenia, dzieciak nie miał w stosunku do niego ani grama zaufania. Wręcz się go obawiał…

- Hej… - zaczął Jack, odwracając się w kierunku chłopca i kładąc dłoń na jego ramieniu. – Możesz mi powiedzieć. Obojętnie co by to nie było.
- To nic takiego, wujku. – powiedział chłopiec z determinacją – Wytrzymam.

I wreszcie do Jacka dotarło. Zaśmiał się w duchu z własnej głupoty, po czym wyprostował się na krześle, odczekał kilkanaście sekund i znowu odwrócił do dziecka.

- Aaron, czy mógłbym cię o coś prosić? – zapytał łagodnie.

Brwi dziecka uniosły się w zdziwieniu i natychmiastowym zainteresowaniu.

- Tak… - odpowiedział cicho, niepewny.
- Czy mógłbyś pójść do toalety i przynieść mi dwa papierowe ręczniki?

Chłopiec ważył prośbę w ciszy kilka chwil, po czym wstał z miejsca i stanął przed Jackiem, pewny i wyprostowany jak strzała.

- Jasne, wujku. – odparł przejęty i Jack poczuł się niemalże jak generał kawalerii.

Jack pokiwał głową patrząc jak dziecko zaczyna się od niego oddalać i zawołał jeszcze:
- I, Aaron…?

Chłopiec zatrzymał się jak wryty i odwrócił lekko zbity z tropu.
- Tak, wujku?
- Nie spiesz się. – powiedział Jack, uśmiechając się znacząco.

Aaron pokiwał głową na zgodę, po czym posłał mu najpiękniejszy dziecięcy uśmiech, jaki Jack widział w swoim życiu.

***
Godzinę później wychodzili z przychodni, oboje pogrążeni w swoich własnych myślach. Jack był sfrustrowany, bo nie dowiedział się od lekarza niczego, czego sam by nie wiedział. Bał się ponadto, że comiesięczne kontrole u neurologa mogą wreszcie zwrócić czyjąś uwagę i narażą Kate i Aarona na niebezpieczeństwo. Był też wściekły na siebie, bo to on postawił ich w takiej sytuacji. Gdyby był z nimi, Kate nie musiałaby zapisywać dziecka do żadnej kliniki - to on czuwałby nad ewentualnymi zmianami, jakie mogły w chłopcu zachodzić. Gdyby był z nimi, Kate nadal potrafiłaby mu zaufać… Pogrążony w myślach nie zauważył, że Aaron nie stoi po jego prawej stronie i nie czeka razem z nim na taksówkę.

Kiedy usłyszał głuchy łoskot za plecami, przez jeden mały moment czuł dosłownie, jak zatrzymuje się mu serce. A kiedy dostrzegł chłopca kilkadziesiąt metrów dalej miał ochotę jednocześnie nim potrząsnąć, jak i przytulić. Szybkim krokiem podszedł do Aarona, który stał w miejscu i przyglądał się czemuś, co leżało na jezdni.

- Co ty robisz, Aaron? – zaczął Jack mentorskim głosem – Nie wolno…

Zamilkł tak samo gwałtownie, jak szybko chwilę wcześniej przestało bić mu serce. Twarz chłopca była blada, a usta zaciśnięte. Przyglądał się zahipnotyzowany, jak małym dachowym kotkiem, leżącym na jezdni, wstrząsają ostatnie dreszcze agonii. Jak chudy, zgnieciony tułów unosi się jeszcze ostatnie kilka razy, a z pyszczka cieknie jasnoczerwony strumień krwi.

Jack nie dał sobie ani sekundy dłużej na uświadomienie czego był świadkiem. Porwał dziecko w ramiona i ruszył przez ulicę w stronę pobliskiego parku. Tulił chłopca do siebie najmocniej jak mógł, starając się zapanować nad dreszczami, które przechodziły wątłe ciało.

Gdy dotarł do odległej od ludzkich spojrzeń, zacienionej ławki, delikatnie posadził na niej dziecko i przykucnął przed nim. Zmierzył puls na jego nadgarstku i odsłonił grzywkę, która wpadała mu prawie do oczu, chcąc sprawdzić reakcje źrenic. Chłopiec był wstrząśnięty, ale nic mu poza tym nie dolegało.

- Chce ci się wymiotować? – zapytał Jack, delikatnie podnosząc brodę chłopca.

Aaron pokręcił głową w zaprzeczeniu i opuścił głowę z powrotem.

- Chcesz tu chwilę posiedzieć, czy… - nie zdążył dokończyć pytania, widząc jak chłopiec kiwa głową twierdząco.
- Ok. – odparł Jack i usiadł przy nim na ławce.

Siedzieli tak w milczeniu kilka minut, a Jack przypatrywał się bawiącym się w oddali dzieciom. Były tak żywe, tak głośne i tak… radosne… Tak bardzo inne od tego małego, cichego i poważnego chłopca, który w ciągu pięcioletniego życia przeżył więcej niż większość dorosłych… Który na co dzień zmagał się z istnieniem rzeczy, o jakich nikt inny nie miał pojęcia…

- Wujku…? – usłyszał cichy głosik.
- Tak, Aaron? – odpowiedział natychmiastowo, przyglądając się twarzy dziecka uważnie.
- Czy mogę ci zadać pytanie? – zapytał chłopiec bardziej pewnie i bardzo, ale to bardzo poważnie.
- Oczywiście, że możesz. Nie musisz się pytać o pozwolenie…
- Czy myślisz… - zaczął Aaron niepewnie po czym zreflektował się i podniósł zdeterminowany wzrok na Jacka – Czy myślisz, że ten kot umarł tak na dobre?

Jack uniósł brwi w zdziwieniu.

- Na dobre…?
- Czy umarł i nigdzie go już nie ma… - kontynuował Aaron, poruszony – Czy może jest gdzieś indziej?

Jack ważył pytanie dziecka bardzo długo. Wiedział, że Aaron nie może mieć pojęcia o wielu rzeczach, jakich Jack doświadczył, że nie może pamiętać czasów, w których oni wszyscy znajdowali się… gdzieś indziej… Że najprawdopodobniej jest to zwyczajna dziecięca reakcja na śmierć… Nie mógł się jednak oprzeć wrażeniu, że to dziecko…, to właśnie dziecko, wyczuwa intuicyjnie, iż z jego… darem.. łączą się tysiące innych niezrozumiałych rzeczy. Że istnieje świat, w którym odpowiedzi rodzą się w sekundzie powstawania pytań… Świat, który tak bardzo pragnąłby mu pokazać…

- Wierzę, że jest gdzieś indziej, Aaron. – odparł wreszcie Jack – W innym, lepszym miejscu.

Aaron pokiwał głową w zrozumieniu, najwidoczniej pokrzepiony odpowiedzią dorosłego. Odwrócił wzrok i zapatrzył się przed siebie.

- Chciałbym go kiedyś spotkać. – powiedział wreszcie – W tym innym, lepszym miejscu.
- Ja też, Aaron. Ja też.

Kilka kolejnych minut upłynęło im w spokojnym zamyśleniu i dopiero słońce, chylące się powoli w stronę zachodu, uświadomiło Jackowi, że czas wracać do domu. Tym razem jednak nie łapali taksówki. Szli obok siebie, od czasu do czasu rzucając sobie porozumiewawcze spojrzenia. W którymś momencie mała rączka wślizgnęła się w objęcia tej większej, a ciepło i radość rozlały w sercach ich właścicieli.

***
W domu powitał ich smakowity zapach świeżo ugotowanego obiadu i kilka srogich komentarzy ze strony Rosie, która przestrzegała godzin posiłków niczym żandarm-służbista. Jack zostawił chłopca na dole pod opieką Rosie, a sam udał się na górę, sprawdzić stan Kate. Połowa jej sypialni, dotychczas skąpana w słońcu, była teraz pogrążona w lekkim półmroku i pokój wydał się mu o wiele mniej przytulny. Podszedł do łóżka i zapalił jedną z nocnych lampek. Twarz Kate zajaśniała w pomarańczowym blasku i Jack odetchnął z ulgą, gdy nie dostrzegł na niej ani jednej kropli potu. Przyłożył dłoń do jej czoła potwierdzając swoje przypuszczenia. Za kilka godzin powinna odzyskać przytomność… W pierwszym odruchu radości miał ochotę usiąść i czuwać przy niej, delektując się tymi ostatnimi godzinami, w których jego życie nadal miało sens. Po chwili jednak przyszedł mu do głowy inny pomysł i Jack uśmiechnął się do swoich myśli. Pocałował wewnętrzną stronę, delikatnej kobiecej dłoni i wyszedł z sypialni, kierując się w stronę kuchni, z której dobiegał cichy śmiech dziecka.

***
Rosie nałożyła im wszystkim iście końskie porcje meksykańskiego gulaszu, który zjedli z apetytem we troje, co jakiś czas śmiejąc się do siebie lub wymieniając błahe komentarze. Rosie zdawała się odzyskiwać swój poranny humor, a Aaron w jej towarzystwie był o wiele bardziej otwartym dzieckiem. Jack zapomniał już jak to było jeść posiłki w rodzinnym gronie. Tak w zasadzie to nie pamiętał, żeby kiedykolwiek czuł się przy stole tak spełniony i szczęśliwy, jak tego właśnie popołudnia. Gdy zjedli, pomogli Rosie zmyć naczynia, śmiejąc się z jej nieufności wobec zmywarki, a potem zasiedli we troje w salonie, delektując się domowym biszkoptem. Rosie nie pozwoliła Aaronowi włączyć telewizora i zamiast niego włączyła radio. Jack zdziwił się, że chłopiec zdawał się przyjmować wszystko, co mówiła kobieta, z nabożnym wręcz posłuszeństwem. Nie zasmucił się, ani też nie zdenerwował ani razu, kiedy czegoś mu zabraniała, albo czegoś wymagała. Pewnie dlatego prawie w ogóle Aarona nie znał. Chłopiec był tak grzeczny i tak umiejętnie schodził dorosłym z drogi, że dom sprawiał wrażenie całkiem przezeń niezamieszkanego. Jack zaczynał żywić podejrzenia, że była to po części jego wina…

Kiedy zjedli desery, Jack namówił Rosie na mały odpoczynek, a właściwie prawie siłą zmusił ją, by zostawiła go z chłopcem samego. Jego zapał do kontaktów z dzieckiem musiał być dla niej taką samą nowością, jaką był dla niego.

- Oglądałeś ostatni mecz super pucharu? – zapytał Jack od niechcenia, siadając przy chłopcu na sofie.

Aaron wytrzeszczył zdumione oczy, jakby niepewny, czy pytanie było skierowane do niego.

- Wiesz chyba co to jest super puchar? – dopytywał się Jack, starając się traktować chłopca jak równego sobie.
- Pewnie, że wiem. – odpowiedział Aaron, lekko upokorzony.
- To oglądałeś, czy nie?
- Nie… - odparł Aaron zmieszany i spuścił wzrok na tenisówki.
- To szkoda… Ostatni mecz był niesamowity. – kontynuował Jack entuzjastycznie – Sam grałem kiedyś w baseball. Jeszcze w koledżu. Byłem pałkarzem. Wiesz kto to jest pałkarz..?
- Ten, który odbija piłkę…?
- Tak. – uśmiechnął się Jack, patrząc jak oczy chłopca świecą z ciekawości – Mój najlepszy kolega był miotaczem. Czyli tym, który rzuca. Nie mieliśmy za dobrej drużyny, ale dwa razy udało się nam dojść do półfinałów. Nie ma nic lepszego, niż moment, w którym czujesz odbijającą się od kija piłkę i wiesz, że możesz ruszać do biegu… - kontynuował Jack, oddając w myślach prawdę co do lepszego momentu, jaki mężczyzna może zaznać w życiu, na którego świadomość pięcioletnie dziecko na pewno nie było jeszcze gotowe. – Do dzisiaj trzymam swój szczęśliwy kij i czasami, kiedy pogoda jest dobra, lubię iść na boisko i poodbijać piłkę.

Jack przyglądał się zafascynowanemu chłopcu, dając mu chwilę na zakorzenienie się emocji i wreszcie, kiedy był pewien właściwego momentu, zapytał:

- Dzisiaj mamy wyjątkowo piękne popołudnie… Myślisz, że dałbyś radę podrzucać mi piłki?

Usta chłopca otworzyły się oniemiałe, a oczy zaświeciły najczystszą radością z możliwych.

- Naprawdę… mógłbym…? – zapytał na jednym tchu.
- Byłoby świetnie… Nie uśmiecha mi się prosić o to Rosie… Sam rozumiesz: Rosie rzucająca piłkę… - uśmiechnęli się po męsku, doskonale wiedząc, że dziewczyny nie nadają się do sportów - W tobie cała nadzieja.

W mgnieniu oka Aaron stał przed nim, niczym wojownik gotowy do walki.

- Co mam robić? – zapytał podniecony.
- Poczekaj w ogrodzie, a ja przyniosę kij i piłkę.

Jack nie zdążył się obejrzeć, a dziecka już nie było. Z szerokim uśmiechem skierował się do jeepa.

***
Godzinę później zmęczeni i zadowoleni, jak nigdy wcześniej wracali do domu przerzucając piłkę z rąk do rąk.

- Myślisz wujku, że możemy pograć razem z mamą, jak już wyzdrowieje? I nauczyć ją tego podwójnie podkręconego rzutu? – zapytał Aaron, kiedy wchodzili do salonu.

Przez chwilę Jack ważył w myślach zadane pytanie i wreszcie zdecydował się na kompromis.

- Jeśli mama będzie chciała to oczywiście, że tak.
- Super! – odparł chłopiec. – Mama na pewno będzie chciała.

Jack miał co do tego pewne wątpliwości, ale wolał nie dzielić ich z dzieckiem. W kuchni natknęli się na myjącą podłogę Rosie i zostali natychmiast odesłani na górę w celu zmiany ubłoconej odzieży. Jack przez chwilę poczuł się, jakby był bratem, a nie wujkiem Aarona. Odprowadził chłopca do jego sypialni i wahał się przez chwilę z zaoferowaniem pomocy przy przebieraniu i myciu, ale w kilka chwil zorientował się, że chłopiec doskonale daje sobie radę sam. Z minuty na minutę Jack był pod coraz większym wrażeniem tego dziecka. Zanim wyszedł z pokoju zmierzwił jeszcze jego włosy, za co otrzymał dumny uśmiech. Poczuł, że na jego twarzy pojawia się podobny wyraz.

- To była świetna gra, Aaron. Dzięki za pomoc.
- To ja ci dziękuję, wujku. Chyba nigdy się tak dobrze nie bawiłem…
- Jak będziesz miał ochotę to zejdź jeszcze na dół przed snem. Może znajdziemy powtórkę meczu na jakimś kanale sportowym.
- Super! – odparł Aaron i popędził biegiem do łazienki.

Jack zamknął za sobą drzwi do sypialni i stał jeszcze chwilę, delektując się pierwszym w życiu momentem, w którym poczuł euforyczne uczucie ojcowskiej dumy.

***
Pół godziny później zszedł na dół, ubrany w czyste niebieskie dżinsy oraz biały podkoszulek i zastał Aarona w granatowej piżamie, siedzącego na sofie, nabożnie trzymającego pilot w dłoniach.

- Rosie nie pozwoliła mi włączyć samemu. Podobno nie mamy jakiejś tam blokady… - wyżalił się Aaron na widok Jacka.
- Rosie dobrze zrobiła. – pochwalił Jack, odbierając pilot z rączek dziecka i siadając przy nim na kanapie.

Na jednym z kanałów faktycznie odnalazł powtórkę meczu finałowego i w trakcie oglądania tłumaczył Aaronowi jego zasady, przy okazji przeżywając widowisko od nowa. Po dwudziestej za oknami zrobiło się ciemno i Jack zauważył, że Aaron powoli staje się senny. Nie chciał jednak wyganiać chłopca do łóżka. Poczuł, że naprawdę ciszy się jego towarzystwem. Na jednej z przedostatnich reklam główka Aarona lekko opadła na ramię Jacka i po kilku chwilach chłopiec spał snem sprawiedliwego. Jack przyciszył głośność w telewizorze po czym pochylił się i podniósł Aarona, starając się to robić jak najdelikatniej. Wiotkie ciałko dziecka nigdy nie wydało mu się tak bezbronne, jak w tym właśnie momencie. I sam nigdy nie był bardziej przejęty, niż w sekundach, które dzieliły ich od sypialni dziecka.

Zanim zdążył przykryć chłopca kołderką, Aaron otworzył oczy i przez jedną chwilę wydawał się najbardziej zagubionym dzieckiem świata. Kiedy dostrzegł przy sobie Jacka, wyciągnął rączki i w mgnieniu oka znalazł się w jego objęciach.

- Hej, hej… - szepnął Jack – Co się stało?
- Myślałem, że cię nie ma, wujku…
- To był tylko zły sen, Aaron. Jestem tutaj i nigdzie się nie wybieram.
- I nie odejdziesz…? – zapytał Aaron przejęty, zwalniając uścisk, by móc spojrzeć w jego oczy.
- Pewnie będę musiał od czasu do czasu zniknąć, ale obiecuję ci, że nie na zawsze… - odparł Jack, czując, że wszystko co mówi płynie prosto z jego serca.

Aaron pokiwał główką i z powrotem ułożył się na poduszce. Jack zaczął otulać go kołdrą, kiedy mała rączka zacisnęła się na jego dłoni.

- Ja naprawdę nie chciałem, żebyś zginął, wujku… Ja tak tylko pomyślałem… Ja nie chciałem naprawdę… - Aaron zaczął szlochać.
- O czym ty mówisz, Aaron…? – zapytał zszokowany Jack.
- Wtedy jak mama płakała, kiedy nie przyszedłeś… ja pomyślałem… ale ja nie chciałem, żeby to było naprawdę… I dzisiaj dlatego nie pozwoliłem, żeby to się stało… ale nie chciałem, żeby ten kot zginął… ale on zginął przeze mnie… Bo ktoś musiał zginąć… ktoś musiał w zamian…

Jack długo łączył słowa dziecka w jedną całość i kiedy wreszcie doszedł do niego ich sens, żaden dreszcz przerażenia nie przebiegł mu po plecach, ani nie pojawiło się uczucie dyskomfortu. Był tylko mały chłopiec, nie rozumiejący co się w jego życiu dzieje. Nie rozumiejący daru, jaki posiadał. Był tylko mały, zagubiony chłopiec, który tak bardzo potrzebował miłości… Taki sam chłopiec, jakim niegdyś był on sam…

- Csiiii, Aaron, cicho… - szeptał Jack do dziecka, biorąc je w ramiona, czując na swoim karku jego gorące łzy. – To nie była twoja wina. Ja wiem, że ty nie chciałeś nic złego zrobić. Ja wiem…

Nie wiedział ile czasu minęło, zanim Aaron uspokoił się i pozwolił położyć na poduszkę. Wreszcie jednak zmęczenie wzięło górę i dziecięce powieki zaczęły się zamykać. Jack gładził chłopca po włosach, nadając ruchom palców miarodajny rytm.

- Kocham cię, wujku. – szepnął Aaron ledwo słyszalnie.
- Ja też cię kocham, Aaron… Ja też.

***
Chyba jeszcze nigdy nie miał tak wielkiej ochoty na drinka, jak w chwili, gdy opuszczał pokój dziecka. Lub kiedy siedział przy łóżku Kate i szeptał do niej słowa przeprosin. Dopiero dobrze po północy zdecydował się wrócić do swojej dawnej sypialni, ale nawet tam nie mógł się przemóc by zamknąć oczy. Bał się każdej przemijającej sekundy, którą mógłby utracić. Każdego cichego odgłosu, którego mógłby nie usłyszeć.

***
Obudziła się zamrugała gwałtownie, starając się przyzwyczaić oczy do smug księżycowego światła, wpadających przez uchylone żaluzje do sypialni. Dopiero w przeciągu kilku minut dotarły do niej wspomnienia minionej doby. Były jak rozmazana mozaika tysięcy małych elementów, ale nawet w prawie nierealnym kolażu Kate potrafiła odnaleźć jedną stałą, która nadawała mu sens. Stałą, która nadawała sens jej życiu odkąd się pojawiła. Nie zapalając światła odnalazła cienki biały szlafrok i narzuciła go na nagie ciało. Czuła się o wiele lepiej niż przed chorobą i jednocześnie inaczej. Tak jakby w czasie, kiedy była nieprzytomna, wydarzyło się coś wielce istotnego. Lekko przestraszona dziwnymi przeczuciami skierowała swoje pierwsze kroki do sypialni dziecka. Starając się zachowywać jak najciszej podeszła do łóżeczka i przyglądała się chwilę miarodajnemu oddechowi, pogrążonego we śnie chłopca. Wreszcie pochyliła się lekko i delikatnie pocałowała go w czoło, szepcząc słowa miłości.

Wychodząc z pokoju dziecięcego poczuła na plecach dziwne mrowienie i instynktownie odwróciła się w kierunku ciemnego korytarza tuż za nią. Ciemnozielone drzwi wzywały ją do siebie, jak wiele nocy wcześniej, gdy odwiedzała tę właśnie sypialnię w poszukiwaniu… jego obecności, jego zapachu…, jego ciepła, którego odnalezieniem się łudziła. Teraz było jednak tysiąc razy gorzej… Gdy nadal czuła na swoim ciele wspomnienie jego troskliwych rąk. A w uszach dźwięk głębokiego szeptu. Część niej pragnęła go tam odnaleźć, podczas gdy druga połowa umierała w przerażeniu. Tak bardzo bała się wypuścić go z rąk… Znowu pozwolić mu odejść, wiedząc, że musi wybrać mniejsze zło. Że w pierwszej kolejności musi dbać o inną najukochańszą osobę na świecie.

Ale nawet, gdy otworzyła drzwi i zastała go siedzącego na podłodze z głową opartą o łóżko , nie była przygotowana na prędkość i moc z jaką jej serce odezwało się w piersi. Jakby nigdy nie było osłabione, jakby nigdy wcześniej nie było ranione.

Podniósł wzrok na jej widok i przez nieznośnie długi moment wpatrywali się w, błyszczące w mroku nocy, źrenice. Jak zawsze, gdy czas zdawał się zwalniać w ich obecności…

Wreszcie Jack poruszył się niespokojnie, niepewny co ma ze sobą zrobić.

- Hej… - zaczął cicho – Jak się czujesz?
- Lepiej… - odpowiedziała w lekkim półuśmiechu, otulając się szczelniej szlafrokiem, nagle zdając sobie sprawę z jego skąpości. – Co tu robisz, Jack… na podłodze?
- Czekam, żeby ci podać antybiotyk i … przecież wiesz, że nie mogę spać na łóżku.

Kate pokiwała głową w zrozumieniu i zrobiła kilka kroków w jego kierunku. Jack, widząc jej otwartość, podniósł się z podłogi i stanął naprzeciwko.

- Przepraszam. Nie powinienem zostawać…
- Nie… nie przepraszaj. Cieszę się, że tu jesteś.

Zapanowała nieznośna cisza, w której żadne z nich nie miało pojęcia o intensywności pragnień drugiego, jednocześnie boleśnie przeżywając niemożność ich spełnienia.

- Poznałem go dzisiaj, Kate… - zaczął Jack poważnie.

Kate uniosła brwi w zdziwieniu, obserwując jego nagłą zmianę nastroju.

- Chyba tylko tak mogę to nazwać…, bo nie czuję, że znałem go kiedykolwiek wcześniej… Oszukiwałem się, że nie mogę, że nie chcę… Aaron był zawsze tym jednym kłamstwem za dużo. Tym, do którego nie mogłem się przekonać, nawet kiedy widziałem, jak bardzo go kochasz. Nawet zdając sobie sprawę, że jest przecież moim siostrzeńcem… - powiódł drżącymi dłońmi po twarzy, starając się zmazać chociaż część ogromu tragicznych emocji, jakie na niej widniały – Zawsze, kiedy go widziałem.. miałem ją przed oczami. Jej maleńką miniaturkę, którą tak bardzo kochała…

- Wiem, Jack, wiem… - szepnęła Kate przez łzy, wyciągając rękę w jego kierunku.

Jack zrobił szybki krok w tył, unikając jej dotyku. Odwracając się bokiem do okna, za którym zaczynała się pojawiać poranna zorza.

- Dopiero dzisiaj zdałem sobie sprawę, jak bardzo byłem głupi. I jak cholernie ślepy, by nie zauważyć, jak cudowny jest to chłopiec. Zobaczyć to, co wszyscy widzieliście w nim od dawna… I kiedy to ujrzałem wszystko inne straciło znaczenie. Czy ty wiesz, że nic nie brałem od ostatnich dwunastu godzin? I nie czuję potrzeby… Nie czuję, że muszę… - spojrzał prosto w jej pełne łez oczy – Przepraszam, Kate… Nie powinienem był odchodzić, nie powinienem cię do niczego namawiać… Teraz to wiem. Wiem, że pomimo wszystko, powinniśmy tutaj zostać… Dla Aarona… i dla nas…

Zanim jego ostatnie słowa wybrzmiały w ciszy budzącego się dnia, Kate była już przy nim, obejmując go ciasno i wtulając się w jego pierś. Mocno, najmocniej jak umiała. Stali tak, na tle wielkiego okna, długie sekundy, zanim Kate odsunęła się nieznacznie, by móc spojrzeć mu w oczy.

- Nie, Jack. – szepnęła pewnie – Powinniśmy wrócić. Miałeś rację. Cały ten czas. I ja to wiedziałam… i ja to wiem nadal. Ale, jeśli mamy to zrobić, to tylko, kiedy będziemy mieć pewność, że Aaronowi nic nie grozi, że będzie bezpieczny…
- Co ty mówisz…? – zapytał niedowierzając.
- Choćbym nie wiem jak pragnęła udawać, że Aaron należy do mnie, że należy tylko do nas, to za każdym razem, gdy na niego patrzę, przekonuję się, jak ogromne jest to kłamstwo. Za każdym razem, gdy widzę w nim jej oczy, jej uśmiech… Gdy widzę w nim twoje serce… Nigdy nie mogłabym jej go odebrać, a na pewno nie w taki sposób…Dlatego, jeśli istnieje możliwość, jeśli jest jeszcze nadzieja, to chcę to zrobić. Chcę wrócić z wami tam, gdzie nasze miejsce.

Tym razem to Jack nie czekał, aż wybrzmią jej ostatnie słowa i przyciągnął ją na powrót do siebie. Zamknął oczy i odetchnął prawdziwą, niczym niezmąconą radością. Kilka chwil później ręce Kate zaczęły delikatnie gładzić go po piersi, a on delektował się ciepłem jej ciała, głaszcząc ją po plecach, po ramionach... Wreszcie ich dłonie dotarły do twarzy, a usta odnalazły drogę ku sobie. Nieznośnie, rozkosznie powoli, delektując się każdym maleńkim muśnięciem, każdym urwanym oddechem… Gdy nasycili pierwszy głód wpatrywali się w swoje, błyszczące szczęściem oczy.

- Tęskniłam za tobą.
- Ja też… ja też…

- Mama…? – cichy, zaspany głosik odezwał się w progu.

Odwrócili się w kierunku nowego dźwięku i ujrzeli przecierającego oczy, bosonogiego chłopca. Kate ruszyła w jego kierunku, spotykając się z nim w pół drogi. Przykucnęła i przytuliła go, czując, jak łzy radości zbierają się w kącikach jej oczu.

- Hej, skarbie. – powiedziała czule, odgarniając czuprynę z czoła dziecka. – Jak się spało?
- Dobrze… - odparło dziecko niewyraźnie – Brakowało mi ciebie.
- Mnie ciebie też, słonko. Nawet nie wiesz jak bardzo.

Aaron, zadowolony, że jego mama wróciła do zdrowia, zwrócił wreszcie uwagę na, przyglądającego się im w ciszy, Jacka.

- Zostałeś wujku! – krzyknął radośnie, biegnąc w kierunku mężczyzny.

Uśmiechnięty Jack podniósł chłopca lekko do góry, aby mogli patrzeć sobie w oczy.

- Przecież powiedziałem, że nigdzie się nie wybieram.

Jedyną odpowiedzią Aarona na te słowa było mocne zaciśnięcie rączek wokół jego szyi.

- Hej, popatrzcie. – powiedziała Kate, podchodząc do nich, wskazując głową w stronę okna. –

Słońce wynurzało się powoli zza kalifornijskich pagórków, oświetlając budzące się do życia miasto, pomarańczowo-czerwonym brzaskiem.

- Super! – odparł rozanielony Aaron – Będzie idealny dzień na baseball, prawda wujku?

Jack popatrzył w dwie pary radosnych, zielonych oczu i uśmiechnął się całym sobą. A dom wschodzącego słońca odesłał uśmiech z powrotem. Wreszcie.


THE END.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Catherine




Dołączył: 10 Lut 2007
Posty: 424
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 23 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: DG city

PostWysłany: Nie 16:08, 24 Lut 2008    Temat postu:

No cóż, Kochana. Jakby to ująć. W tym świetnym skąd inąd one-shocie nasze ukochane Jate zeszło u mnie o dziwo na drugi plan :] Było piękne i wzruszające, ale zdecydowanie więcej emocji wzbudziły we mnie opisane przez Ciebie relacje Jacka i Aaronka!!! Na wszystkich ich wspólnych scenach miałam błogi uśmieszek na gębce, hihi. Po raz kolejny potwierdziło się moje przekonanie: ojcostwo jest niesamowicie sexy!!! Hell, yeah! Twisted Evil Tak, wiem, powinnam głównie skupić się na ogólnolostowym charakterze tego one-shota, na psychologicznej stronie relacji Jack-Aaron-Kate, na przemianie stosunku Jacka względem Aarona... Sorry, jestem beznadziejnym przypadkiem - patrzyłam na zachowanie Jacka względem małego pod kątem rosnącej z każdą sceną hotności, kjutności, seksowności doktorka. Oczywiście widziałam też coś innego, ale podniecanie się wujaszkiem Jacko zdecydowanie górowało

Pozwolisz, że nie będę pisać o stronie językowo-stylistycznej? Wiadomo, że jest u Ciebie bez zarzutu.

Majka napisał:
Podszedł do niej pewnym krokiem, starając się zapanować nad nagłym drżeniem ręki. Usiadł na brzegu łóżka i przez dłuższą chwilę przyglądał się jej nieprzytomnej twarzy i odkrytemu dekoltowi, pokrytym obficie perlistymi kropelkami potu. Leżała spokojnie, tylko jej szybko poruszające się gałki oczne, ujawniały bliżej nieokreśloną walkę, jaką musiała właśnie przeżywać. Przyłożył rękę do jej czoła dopiero wtedy, kiedy był w stu procentach pewny, że go nie zawiedzie. Że nie zadrży, jak potrącany wiatrem liść. Odetchnął z ulgą, widząc, że mu się udało. Jej czoło płonęło w gorączce. Powolnym, nadal niepewnym ruchem, przejechał dłonią wzdłuż jej policzka.

Cudny fragment! Crying or Very sad Moim wielkim marzeniem jest, by Jack w LOST zajmował się chorą Kate. By było z nią nieciekawie i by to właśnie on ją uzdrowił. To by było coś... Pogrubienie - uwielbiam, jak Jacko walczy z jakimiś trudnymi do opanowania odruchami swego ciała. Drżąca dłoń, dłoń dotykająca jej policzka - prayer

Majka napisał:
Delikatnie, ale stanowczo, odrzucił na bok prześcieradło i podniósł ją do pozycji półsiedzącej. Leciała mu przez palce, otulając jego nozdrza orientalną mieszaniną potu i pomarańczy. Był sprawny i szybki, wmawiając sobie, że pozostaje całkowicie obojętny na piękno jej ciała. Gdy wziął ją nagą na ręce, przez moment nie był pewien czy uda mu się nią donieść do łazienki. Była lekka jak piórko, ale jego serce było jeszcze lżejsze.

Mogę napisać to, co poprzednio. Chcę czegoś takiego w LOST! Damn it!!!
Cała akcja wkładania jej do lodowatej wody, uspokajanie i czuwanie przy niej -

Majka napisał:
- Nie. – po chwili dodając – Śpij…

Został. Mimo tego, że średnio uśmiechało mu się przebywać w domu, w którym znajdowało się dziecko, budzące w nim tyle poczucia winy. Taka jest miłość Jacka do Kate. Prawdziwa. Jego osobiste uprzedzenia, problemy, niedogodności przestają się w ogóle liczyć, gdy coś jej zagraża. Dla niej zdolny jest do wszystkiego.

Majka napisał:
Nie zastanawiając się dłużej , podniósł ją delikatnie za ramiona, a sam wśliznął się pod nią i ułożył ją sobie przy piersi. Nie mając wyboru wdychał rozkoszny zapach jej włosów, starając się jednocześnie panować nad właściwym unoszeniem i opadaniem własnej klatki piersiowej. Nie chciał jej wybudzać całkowicie…

- Kate… - szeptał jej do ucha, dopóki nie usłyszał cichego pomruku wydobywającego się z jej ust – Weź tę tabletkę…

Pokręciła głową, usiłując uciec od jego palców i nieznanego obiektu, który próbował przedostać się przez jej wargi.

- Musisz połknąć tę tabletkę… - szeptał uporczywie – Proszę, Kate… połknij tę tabletkę.
- Jack…? – usłyszał wreszcie i dostrzegł jak otwierają się jej powieki.
- Hej! Połknij tabletkę, Kate… Jak tylko ją zażyjesz zrobi ci się lepiej, zobaczysz…

Poczuł jak jej wargi rozchylają się delikatnie pod jego palcami. Jej język zdążył jeszcze zapewnić jego kciuk o swojej wilgotności i rozpaleniu, zanim zabrał ze sobą tabletkę i skrył się na powrót za wiśniowymi ustami. Uniosła lekko głowę, by nabrać łyk wody i po chwili opadła na niego bezwładnie.

Na medycynie go tego nie nauczyli, ale za to Kate uzupełniła te luki w edukacji, hihi. Choć myślę, że i bez jej "lekcji" poradziłby sobie w taki sam, genialny sposób! Heart

Majka napisał:
- Śpij kochanie. Odpoczywaj. – szeptał, wiedząc, że już dawno odpłynęła w senne odmęty.

"Kochanie..." Ciekawe, czy w LOST kiedyś tak do siebie powiedzą Sad

Majka napisał:
- Hej… - zaczął Jack, odwracając się w kierunku chłopca i kładąc dłoń na jego ramieniu. – Możesz mi powiedzieć. Obojętnie co by to nie było.
- To nic takiego, wujku. – powiedział chłopiec z determinacją – Wytrzymam.

I wreszcie do Jacka dotarło. Zaśmiał się w duchu z własnej głupoty, po czym wyprostował się na krześle, odczekał kilkanaście sekund i znowu odwrócił do dziecka.

- Aaron, czy mógłbym cię o coś prosić? – zapytał łagodnie.

Brwi dziecka uniosły się w zdziwieniu i natychmiastowym zainteresowaniu.

- Tak… - odpowiedział cicho, niepewny.
- Czy mógłbyś pójść do toalety i przynieść mi dwa papierowe ręczniki?


Chłopiec ważył prośbę w ciszy kilka chwil, po czym wstał z miejsca i stanął przed Jackiem, pewny i wyprostowany jak strzała.

- Jasne, wujku. – odparł przejęty i Jack poczuł się niemalże jak generał kawalerii.

Jack pokiwał głową patrząc jak dziecko zaczyna się od niego oddalać i zawołał jeszcze:
- I, Aaron…?

Chłopiec zatrzymał się jak wryty i odwrócił lekko zbity z tropu.
- Tak, wujku?
- Nie spiesz się. – powiedział Jack, uśmiechając się znacząco.


Aaron pokiwał głową na zgodę, po czym posłał mu najpiękniejszy dziecięcy uśmiech, jaki Jack widział w swoim życiu.

Boziu, kocham ten fragment!!! Hahaha. To było kurdę przesłodkie! ^^ Wujaszek Jackuś skapczający się, że małemu chce się siku i to jego dyskretne: "nie śpiesz się" i przekręt z ręcznikami (CON WUJCIO?) Laughing I widzę jego rozbrajający uśmiech, gdy zczaił o co chodzi Twisted Evil Chryste, jakie to sexy!

Kot: Majka, Ty myślisz, że Aaron ma też jakąś moc? Jak Walt? A może ma większą z racji tego, że urodził się na wyspie? Może dzieci, jako istoty niewinne na wyspie uzyskiwały jakąś specjalną moc? A Aaron na dodatek na tej wyspie się jeszcze urodził... Ciekawe...

Majka napisał:
Szli obok siebie, od czasu do czasu rzucając sobie porozumiewawcze spojrzenia. W którymś momencie mała rączka wślizgnęła się w objęcia tej większej, a ciepło i radość rozlały w sercach ich właścicieli.

W moim sercu rozlałby się wrzątek, gdybym zobaczyła kiedyś Jacka idącego z dzieciakiem za rączkę. W ogóle cały ten kontrast dużej, silnej postury dojrzałego i skąd inąd mega seksownego mężczyzny oraz maleńkiego, bezbronnego chłopczyka, który przedstawiasz, jest niesamowicie absorbujący dla mej kobiecej natury :] Chyba budzą się we mnie jakieś macierzyńskie instynkty

Majczos napisał:
- Oglądałeś ostatni mecz super pucharu? – zapytał Jack od niechcenia, siadając przy chłopcu na sofie.

Aaron wytrzeszczył zdumione oczy, jakby niepewny, czy pytanie było skierowane do niego.

- Wiesz chyba co to jest super puchar? – dopytywał się Jack, starając się traktować chłopca jak równego sobie.
- Pewnie, że wiem. – odpowiedział Aaron, lekko upokorzony.
- To oglądałeś, czy nie?
- Nie… - odparł Aaron zmieszany i spuścił wzrok na tenisówki.
- To szkoda… Ostatni mecz był niesamowity. – kontynuował Jack entuzjastycznie – Sam grałem kiedyś w baseball. Jeszcze w koledżu. Byłem pałkarzem. Wiesz kto to jest pałkarz..?
- Ten, który odbija piłkę…?
- Tak. – uśmiechnął się Jack, patrząc jak oczy chłopca świecą z ciekawości – Mój najlepszy kolega był miotaczem. Czyli tym, który rzuca. Nie mieliśmy za dobrej drużyny, ale dwa razy udało się nam dojść do półfinałów. Nie ma nic lepszego, niż moment, w którym czujesz odbijającą się od kija piłkę i wiesz, że możesz ruszać do biegu… - kontynuował Jack, oddając w myślach prawdę co do lepszego momentu, jaki mężczyzna może zaznać w życiu, na którego świadomość pięcioletnie dziecko na pewno nie było jeszcze gotowe. – Do dzisiaj trzymam swój szczęśliwy kij i czasami, kiedy pogoda jest dobra, lubię iść na boisko i poodbijać piłkę.

Faceci... I kolejna super akcja dorosły hot facet + dziecko, z którym chce nawiązać kontakt. Miodzio :* Jezu, ciekawe kiedy w LOST dojdzie w końcu do spotkania Aarona i Jacka... Chyba zaczynam być tego prawie tak samo ciekawa, jak następnego spotkania Jacka z Kate.

Majja napisał:
- Naprawdę… mógłbym…? – zapytał na jednym tchu.
- Byłoby świetnie… Nie uśmiecha mi się prosić o to Rosie… Sam rozumiesz: Rosie rzucająca piłkę… - uśmiechnęli się po męsku, doskonale wiedząc, że dziewczyny nie nadają się do sportów - W tobie cała nadzieja.

Kolejny boski tekścior! Wujcio, dzieciak i ich mały męski świat xD


Majka napisał:
Część niej pragnęła go tam odnaleźć, podczas gdy druga połowa umierała w przerażeniu. Tak bardzo bała się wypuścić go z rąk… Znowu pozwolić mu odejść, wiedząc, że musi wybrać mniejsze zło. Że w pierwszej kolejności musi dbać o inną najukochańszą osobę na świecie.

A tak w ogóle to Jacko mieszkał u nich trochę, co się takiego stało, że się wyniósł? Czyli, że na początku "nic do Aarona nie miał"? Ło co chodzi? Nie chcę, by Kate w LOST musiała wybierać między Jackiem a Aaronem, by musiała wybierać mniejsze zło Sad Choć jak na razie tak się niestety właśnie dzieje Sad

Majka napisał:
- Hej… - zaczął cicho – Jak się czujesz?
- Lepiej… - odpowiedziała w lekkim półuśmiechu, otulając się szczelniej szlafrokiem, nagle zdając sobie sprawę z jego skąpości. – Co tu robisz, Jack… na podłodze?
- Czekam, żeby ci podać antybiotyk i … przecież wiesz, że nie mogę spać na łóżku.

Heart Heart Heart Why Jack nie może spać na łóżku? ;>

Majka napisał:
- Teraz to wiem. Wiem, że pomimo wszystko, powinniśmy tutaj zostać… Dla Aarona… i dla nas…

Boże tak bym już chciała wiedzieć, czy oni zostaną, czy kiedyś wrócą po kogoś, czy może ktoś z wyspy do nich dołączy kiedyś... Eeech. Jak dla mnie teraz największą zagadką w LOST jest: WTF is going on with Aaron and his two moms? Neutral

Majka napisał:
- Tęskniłam za tobą.
- Ja też… ja też…

Chciałabym, by Twoje zakończenie w postaci takiego, czy innego happy-endu, że są razem w końcu, było dla nas nie tylko pobożnym życzeniem, ale także tym, co kiedyś dane nam będzie ujrzeć na ekranie. Jestem przekonana, że to otrzymamy. Że ostatnia scena w LOST będzie dla nas, dla nich. Będzie należała do Jate.

Dzięki, hon! :* Btw, why nie opublikowałaś jeszcze "De ja vu" na forum? Neutral I kiedy next chapter, hę?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum o serialu LOST: Zagubieni Strona Główna -> A co to, a kto to, a jak to się je??? Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
deoxGreen v1.2 // Theme created by Sopel stylerbb.net & programosy.pl

Regulamin